Disneyland dla naiwnych literatów

Maciej J. Nowak „Plus Minus” weekendowy dodatek do Rzeczpospolitej” lipiec 2019
(udostępnione za zgodą autora artykułu)


Jednym z głównych bohaterów „Zniewolonego umysłu”, wydanego na emigracji w 1953 r. przez Czesława Miłosza, jest Jerzy Andrzejewski (figurujący w powieści jako Alfa). W swojej książce z kluczem przyszły noblista pisał o nim, a jednocześnie o pierwszych latach Polski komunistycznej: „Alfa nie pomylił się sądząc, że jemu należy się pierwsze miejsce wśród pisarzy kraju. Jedno z miast ofiarowało mu i umeblowało znacznym kosztem piękną willę. Użyteczny pisarz w demokracjach ludowych nie może się uskarżać na brak względów.” Można dodać więcej. Owa piękna willa znajdowała się w podszczecińskiej dzielnicy Głębokie. Dzielnica ta, zgodnie z planami regionalnych władz, miała stać się swoistą enklawą, a może wręcz rajem na ziemi, dla popierających komunizm literatów. Doświadczenie jednak uczy, że z tworzeniem rajów na ziemi bywa pewien problem. Przyjrzyjmy się jak poszło w niniejszym przypadku.

Lep na pisarzy
Teoretycznie komunizm powinien kojarzyć się z egalitaryzmem. Bez żadnych jaśniepanów traktowanych lepiej od innych. Wszakże to w imię zasady równości w latach 40. skrupulatnie zabierano majątki ocalałym po wojnie ziemianom. Ale oczywiście wówczas nikt nie myślał o zachowaniu pełnej konsekwencji i praktyka wielokrotnie zaprzeczała szczytnym założeniom ideologicznym. Dotyczyło to zwłaszcza pisarzy. Z jednej strony władza miała wobec nich konkretne oczekiwania, które potrafiła bezwzględnie egzekwować, a z drugiej dysponowała różnymi wabikami. Wystarczy wymienić – patrząc na całą historię PRL – chociażby Willę Astoria w Zakopanem lub Dwór w Oborach gdzie rezydowali żyjący w zgodzie z reżimem literaci.

Podobną przynętą miała być również w latach 40. dzielnica Głębokie z pięknymi poniemieckimi willami. Wojewoda szczeciński Leonard Borkowicz, wspólnie z pisarzem Witoldem Wirpszą – ówczesnym naczelnikiem Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Szczecinie – od roku 1947 próbowali sformułować swoją koncepcję pozyskiwania literatów dla komunizmu. Postanowili zebrać możliwie największą ich grupę w jednym miejscu, zapewniając im jednocześnie świetne warunki mieszkaniowe.

W skali krajowej najbardziej rzucały się w oczy przykłady Jarosława Iwaszkiewicza czy Juliana Tuwima. Pierwszy mógł dalej spokojnie rezydować w rodzinnym majątku w podwarszawskim Stawisku, a ten drugi dostał m.in. willę w Aninie. Podobne historie dotyczyły również nieco mniej popularnych twórców. Już od 1945 r. przedstawiano im perspektywę zamieszkania w dużych domach z ogrodami, nie precyzując jednak ich lokalizacji. Potencjalni adresaci tych ofert w okresie powojennym często błąkali się po różnych miastach i w większości czekali na podobne gesty rządzących. W znaczącej części byli wówczas młodymi ludźmi, szukającymi po wojnie na nowo swojego miejsca w życiu.

W pewnym momencie, dosyć niespodziewanie pojawiła się moda na odległą od centrum stolicę Pomorza Zachodniego. Istotną rolę odgrywała w tym zapewne ciekawość nowych „zdobytych” ziem. Jednak główną atrakcją miało być samo Głębokie. Jak przekonuje w swych publikacjach znawczyni tematu Katarzyna Rembacka, Witolda Wirpszę trzeba uznać za głównego pomysłodawcę zrobienia z tejże dzielnicy literackiej enklawy, rzecz jasna przy pełnym poparciu wojewody Borkowicza.

Na początku XX wieku była to wieś, ale jeszcze przed II wojną światową utraciła rolniczy charakter, stając się pełnoprawną dzielnicą Szczecina (wówczas jeszcze Stettin’a). Dzielnicą po dzisiejszy dzień bardzo specyficzną – położoną na obrzeżach miasta, w pięknych okolicznościach przyrody pośród lasów. Tuż obok starych willi, skupionych na pięciu niewielkich ulicach, położone były – i nadal są – jeziora oraz stawy. Tutejszy mieszkaniec wychodząc z domu, po kilkunastu krokach znajdował się w Puszczy Wkrzańskiej, po której mógł prowadzić nieskończenie długie wyprawy. Latem zaś mógł kąpać się w największym okolicznym jeziorze Głębokie, pływać kajakiem, łowić ryby, a zimą jeździć na łyżwach. W miarę możliwości i w zależności od jakości gleby, mógł też hodować różne owoce, choćby porzeczki i winogrona. A to wszystko nie na odległych Kaszubach, Mazurach czy w Borach Tucholskich, ale we własnym domu, tuż pod miastem.

Getto dla uprzywilejowanych
Nic dziwnego, że perspektywa zamieszkania na Głębokiem była kusząca i z początku udało się tam przyciągnąć pisarzy. Poza samym Wirpszą zamieszkał tam przywołany na początku Andrzejewski, a także Wiktor Woroszylski, nieformalny przywódca grupy twórców entuzjastycznie nastawionych do komunizmu, którzy z czasem zyskali mało wdzięczny przydomek „pryszczatych”. Każdy z nich prędzej lub później okazał się dużym literackim talentem. Wszyscy oni otrzymali wille na dzisiejszej ulicy Pogodnej. Najładniejsza i najokazalsza trafiła się rzecz jasna najstarszemu i najbardziej wówczas uznanemu Andrzejewskiemu, stała tuż przy lesie. Pozostali dwaj zamieszkali kilka domów dalej, za wejściem do urokliwego wąwozu, praktycznie naprzeciwko siebie. Lokalni dygnitarze mieli więc powody do satysfakcji. Planowali, że to dopiero początek, bo myślano również o wielu innych znanych nazwiskach. Zarówno Andrzejewski, jak i Woroszylski byli zachwyceni nowym miejscem zamieszkania. Ten pierwszy w roku 1948 pisał do Miłosza: „Mamy tu willę, zresztą nie w samym mieście, ale na jednym z osiedli (…). Willa wygodna, ośmiopokojowa, doskonale rozłożona i dość porządnie odnowiona. Spory przy tym ogród, zaraz za ogrodem las i jezioro. Warunki do pracy są tu właściwie idealne”. Adresat listu praktycznie do końca życia zapamiętał wrażenie, jakie zrobiło na nim nowe lokum kolegi po piórze. Jak to ujął: „Było tam jak u Pana Boga za piecem”. Z kolei Woroszylski wspominając tamte lata w paryskiej „Kulturze”, nazwał to miejsce „Disneylandem” i dodawał: „Stanowiliśmy grono dziwnych azylantów, z jednej strony żarliwie eksponujących swój komunizm, z drugiej – żyjących w znacznym oderwaniu od jego powszednich praw i realiów, a więc przede wszystkim bez przytłoczenia najbardziej gnębiącą ludzi w tym ustroju kwestią mieszkaniową, a ponadto w ogóle bez ścieśnienia, na luzie, we własnym środowisku, oddając się literaturze, muzyce, życiu rodzinnemu, świętowaniu, dysputowaniu”. Rzeczywiście, dopiero po latach przyszła szersza refleksja. Choćby Witolda Wirpszy, który w „Hańbie domowej” – zbiorze rozmów Jacka Trznadla wydanych na emigracji w 1986 r., które przeprowadził z pisarzami nt. stalinizmu – wspominał: „My, którzy mieliśmy wtedy po dwadzieścia parę lat (Andrzejewski był o dekadę starszy – M.J.N.), już zostaliśmy wsadzeni do getta. Kisiliśmy się we własnym sosie i to nas w jakiś sposób izolowało. Poza wymienionymi wyżej, najbardziej dziś znanymi postaciami zamieszkali tu również Maria Kurecka, Edmund Osmańczyk oraz mniej znana pisarka Maria Boniecka”. Również ta ostatnia z perspektywy czasu złośliwie oceniała warunki, którymi dysponowali komunistyczni literaci: „W willi na Głębokiem gabinet kol. Jerzego (Andrzejewskiego) był zastawiony poniemieckimi antykami, na biurku w starochińskiej wazie złociły się przepiękne olbrzymie dalie, które ku zazdrości sąsiadów hodowała pani Marysia. (…) Naraz cisza panująca na tarasie, w ogrodzie, w całym rozległym domu wydała mi się czymś nie do zniesienia, zapragnęłam głosów, krzyków dzieci, hałasów ulicy, jakichkolwiek dźwięków, które by stłumiły wreszcie te wszystkie »natchnienia inspirowane przez materializm dialektyczny«”.

Relacja tego najbardziej uznanego głęboczańskiego pisarza z sąsiadami, a zarazem kolegami po piórze, była zresztą specyficzna. Woroszylski wspominając Andrzejewskiego z tamtych czasów stwierdzał: „Kiedy zaprzyjaźnił się ze mną i z moim pokoleniem, było trochę tak, jakby chciał się w nas wcielić, patrzeć na świat naszymi oczyma, przeżywać to, co nam przypadło w udziale (albo cośmy wybrali)”. Trzeba pamiętać również o tym, że niedaleko mieszkała inna literacka sława – w nieodległej dzielnicy Pogodno dom dostał Konstanty Ildefons Gałczyński.

Różewicz i Szymborska z wizytą
Na Głębokie przyjeżdżali przy różnych okazjach w odwiedziny także inni pisarze. Poza Miłoszem bywali tam m.in. Wisława Szymborska, Tadeusz Borowski oraz Tadeusz Różewicz. Goście wędrowali po kolejnych literackich domach, wypoczywali, a nawet próbowali urządzać wieczory autorskie. Syn Witolda Wirpszy, Leszek Szaruga w swych ciekawych wspomnieniach przywołuje kilka podobnych epizodów. Choćby taki, gdy jego rodzice gościli Szymborską: „Wisławę zapamiętałem wówczas na Głębokiem, gdy przyleciała rano z lasu, strasznie poruszona, zafascynowana – zobaczyła, jak spod liści wyłania się, rośnie grzyb. To zdarzenie z jej wiersza, w którym zawsze to, co zwyczajne staje się tym co niezwyczajne, to co oglądane na co dzień i niezauważalne, zostaje nagle dostrzeżone, zauważone.

”Jedną z pierwszych scen jaką Szaruga zapamiętał w życiu wiązała się z kolei z autorem „Kartoteki”: „Tadeusz Różewicz, pozostawiony przez moich rodziców na głębockim gospodarstwie, wyciągnął mnie wtedy (…) z wanny i suszył ręcznikiem”.

Głębokie było więc zarówno dla swoich mieszkańców – literatów, jak również ich przyjaciół, swoistą oazą spokoju, miejscem spotkań, zabaw i długich rozmów, a może nawet i źródłem twórczego natchnienia. Oczywiście byli to pisarze wybrani, wyraźnie lepiej traktowani niż reszta społeczeństwa. Na ich usprawiedliwienie warto dodać, że byli to w większości bardzo młodzi ludzie, którzy nie chcieli zauważać wszystkiego, co złe w nowej rzeczywistości.

Zresztą władze cały czas starały się stwarzać przychylny twórcom klimat. Między innymi przy okazji szczecińskiego zjazdu literatów z 1949 r., kiedy to dla gości zorganizowano szereg imprez towarzyszących, w tym otwarcie przedszkola na Głębokiem, notabene funkcjonującego do dziś. Dodajmy, że syn Andrzejewskich, córka Osmańczyków i dzieci Bonieckiej chodziły do głęboczańskiej szkoły. Uruchomiono ją w styczniu 1948 r. Pierwsza dyrektorka, Izabela Czałczyńska tak wspominała swoje spotkanie z nietypowym osiedlem w grudniu 1947 r.: „Z głębi lasu wyłoniło się przede mną jezioro pokryte lodem, ośnieżone, obrzeżone czarną ścianą lasu, zapragnęłam iść dalej – zobaczyłam z daleka te wille jak cukrem posypane śniegiem, zaczarowane wśród ośnieżonych drzew; zapragnęłam tu mieszkać i zamieszkałam.”

W pierwszych latach pojawiło się jednak wiele problemów organizacyjnych. Obiekt, który miał być szkołą okazał się w praktyce bardzo mały. Mieszkańcy musieli wspólnie interweniować do różnych organów władz, a nawet do radia, aby ten stan rzeczy zmienić. Ostatecznie udało się. Dzisiejsza szkoła podstawowa należy do najpiękniejszych w mieście.

Wybudzanie do rzeczywistości
Z biegiem lat i z biegiem dni Głębokie zaczynało jednak powszednieć. Andrzejewski zauważał, że dom piękny, ale pochłania pieniądze „jak gąbka”. Z przytaczanych przez jego biografkę, Annę Synoradzką-Demadre, listów wynika, że na początku lat 50. coraz bardziej fascynował się wydarzeniami w Warszawie i rozglądał za nieruchomością w stolicy. Rzeczywiście powstawał problem: w Szczecinie niewiele się działo i pomimo różnorakich prób nie udało się zorganizować tam poważnych imprez kulturalnych. A do stolicy było bardzo daleko. Poza tym pojawiło się wyzwanie natury ściśle pragmatycznej, obarczające wówczas żony pisarzy, które dopiero mogły marzyć o równouprawnieniu. Głębokie było oddalone od centrum miasta, a w samej dzielnicy funkcjonował tylko jeden malutki sklepik spożywczy z niewielkim wyposażeniem. Zrobienie większych zakupów urastało więc do rangi sporego wyzwania. Wspaniale jest mieszkać wśród drzew, świergotu ptaków, hodować winogrona, ale komunikacja z centrum Szczecina była ograniczona. Cytując Tadeusza Boya-Żeleńskiego: „Oto, jak nas biednych ludzi rzeczywistość ze snu budzi”.

W ciągu dnia do Głębokiego dojeżdżały tylko dwa tramwaje. Najlepiej ujęła to żona Jerzego Iwaszkiewicza, Anna, która również gościła w tym miejscu: „Fatalny jest tylko brak dobrej komunikacji z miastem (…). Dobrze, że nas przywozili i odwozili samochodem, ale normalnie jest autobus wcześnie rano, a potem, zdaje się, zaledwie dwa między trzecią a piątą, kiedy ludzie wracają z pracy. Tramwaj, który chodzi cały dzień, dojeżdża najbliżej o dwa i pół kilometra od nich.” Tak więc panie Andrzejewska, Woroszylska i Wirpszowa zmuszone były regularnie dźwigać torby pełne zakupów z miasta i na dodatek wędrować z nimi przez długi odcinek lasu. Zapowiadana na początku idylla w pięknym miejscu, w rzeczywistości mogła okazać się dosyć uciążliwa. Zapewne z tych prozaicznych powodów szybko się zakończyła. Tak samo jak moda na Głębokie. Andrzejewscy wyprowadzili się ostatecznie do Warszawy w 1953 r., Woroszylscy dwa lata wcześniej. Najdłużej, bo aż do 1956 r. został tam Wirpsza.

Głębokie dzisiaj
O pobycie samych pisarzy prawie się już tutaj nie pamięta. Nie ma żadnych tablic pamiątkowych w rodzaju „Tu pod tą gruszą…”. Dawny epizod nie odgrywa praktycznie żadnej roli w lokalnej pamięci mieszkańców osiedla. Występuje raczej jako mgławicowa legenda, o której okazjonalnie tylko co poniektórzy przypominają swym dzieciom, przy okazji spaceru ulicą Pogodną. Tym bardziej, że i sami literaci są już w większości głęboko zapomniani.

Przy opracowaniu niniejszego tekstu korzystałem m.in. z artykułów Katarzyny Rembackiej „Wawrzyniec Wspaniały czy snobistyczny wojewoda? Istnieje porządek nieodgadniony” oraz Cecylii Judek „Idylla na Głębokiem” opublikowanych w nr 1/2018 kwartalnika „Elewator”

5 1 głosuj
Article Rating
Udostępnij
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Przewiń do góry